biznes klasa

"Nasza planeta za 50 lat może być nie do życia". Co zrobić z ETS?
WIDEO

"Nasza planeta za 50 lat może być nie do życia". Co zrobić z ETS?

- ETS, politycznie i wizerunkowo, jest to program totalnie źle zakomunikowany. Ma mnóstwo niedoskonałości - mówił w "Biznes Klasie" Michał Wypychewicz, prezes firmy ZPUE, polskiego giganta sektora elektroenergetycznego, którego wartość wycenia się na blisko 6 miliardów złotych. - To jest bardzo trudny temat. Jeśli przeliczymy emisję na jednego mieszkańca, to Polska emituje znacznie więcej zanieczyszczeń niż Chiny. Jeśli nie zmienimy naszej polityki klimatycznej globalnie i nie dogadają się Chiny, USA i Europa, to nasza planeta za 50 lat może być nie do życia - ostrzegł. - I to jest fakt, naukowa wiedza, z tym nikt nie dyskutuje. Ludzie będą umierali z głodu, bo będziemy mieli problem z plonami. Idea jest z założenia słuszna, ale później jej wdrożenie może już nie było tak idealne. I teraz wydaje mi się, że najważniejszym aspektem ETS nie jest dyskusja, czy to jest zły program i czy go usuwać, czy nie, tylko jak sprawić, żeby europejskie, a przede wszystkim polskie firmy, były bardziej konkurencyjne niż ich odpowiednicy - podkreślił. - I tego nie zmienimy w inny sposób, jak inwestując. I jeżeli nie zachęcimy ludzi do inwestowania, a dzisiaj prywatne inwestycje w Polsce są na rekordowo niskim poziomie, to tego nie przeskoczymy. Druga rzecz to są systemowe narzędzia, żeby wspierać tę transformację, chociażby są takie rozwiązania, jak kredyt ekologiczny. Natomiast jeśli chodzi o sam ETS jako narzędzie prawne, to oczywiście on wymaga zmiany. Ale nie powinniśmy dyskutować, czy go zabić, tylko w jaki sposób go dostosować do tego, żeby to było narzędzie motywujące i wspierające do tworzenia gospodarek, które będą konkurencyjne nie dzisiaj, a za 5, 10, 15 lat. Bo gwarantuję, że za 10 lat nie będzie globalnej dyskusji nad tym, czy powinniśmy zrobić wszystko, żeby walczyć o klimat, o planetę. Bo za 10 lat już będziemy mieli niestety efekty takiej polityki, jaką mamy - ocenił.
Łukasz Kijek Łukasz Kijek
Tomasz Sąsiada Tomasz Sąsiada
Raz dostał zlecenie na przewóz koperty. Kto zamawia powietrzne taksówki?
WIDEO

Raz dostał zlecenie na przewóz koperty. Kto zamawia powietrzne taksówki?

- W dużej mierze latamy z biznesem, czyli z ludźmi, którzy albo potrzebują transportu szybko, dostać się z miejsca A do B ekspresowo, nie tracić czasu, załatwić swoje sprawy i wrócić, albo dlatego że sytuacja wymaga tego, aby coś zrobić "na cito" - mówił w "Biznes Klasie" Maciej Kowalczyk, założyciel Max Berger Aviation, prezes firmy Call & Fly, która organizuje loty taksówkami powietrznymi i helikopterami. - Kiedyś zadzwonili do nas z banku i zapytali, czy jesteśmy w stanie dostarczyć dokumenty do Katowic za trzy godziny. Powiedzieliśmy: pewnie, pod warunkiem że za godzinę klient będzie na lotnisku. No i za godzinę dostaliśmy kopertę, mieliśmy godzinę lotu, po czym przekazaliśmy tę kopertę człowiekowi, któremu załatwiliśmy wjazd na płytę, przekazaliśmy kopertę, samochód pojechał. Z tego, co wiem, zdążyli. Wieźliśmy kopertę, dokumenty na przetarg. Przetarg zamykali o konkretnej godzinie, jak nie zdążysz, to nie ma zmiłuj. Pracujemy w tej chwili z dwoma zespołami transplantologicznymi i dzwoni do mnie szef transplantologów dzwoni do mnie o 23 i mówi: Maciek, mamy dawcę, ekipa jest już w drodze, o szóstej rano zaczynamy zabieg, o ósmej potrzebujemy samolotu np. z Gdańska i będziemy operować człowieka w Poznaniu. To są superszybkie akcje - dodał. Kto przede wszystkim korzysta z powietrznej taksówki? - Głównie biznes, bo to są głównie ludzie, którzy nie tylko mają potrzebę, ale też mają na to środki. Celebryci też. Wspaniale wspominam latanie z Perfectem, dwa dni trasy koncertowej na dwa samoloty. Cały zespół był zachwycony tym, że instrumenty i cała technika jechały dołem, a oni tylko przeskakiwali z miejsca na miejsce, grali koncert i lecieli dalej - wyjaśnił Kowalczyk.
Łukasz Kijek Łukasz Kijek